Lady Killers, czyli wojny w ringu, poza nim i na bankiecie
Jak już wiemy, na niedawnych mistrzostwach Europy w kick-boksingu  w portugalskim Porto nasza żeńsko-męska ekipa w K1 Rules, low kicku i formule light-contact wywalczyła 13 medali - 6 złotych, 3 srebrne i 4 brązowe. Wystartowało aż 447 zawodników z 30 krajów. Zajęliśmy drugie miejsce w klasyfikacji medalowej. Zachwyciły zwłaszcza nasze panie, bo przecież „najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”.
 
Status quo
Nie byłem wczoraj w Warszawie. Nie zasiadłem na krzesełku w hotelu Sheraton razem z innymi działaczami rządzącymi naszym brudnym i śmierdzącym na kilometr w Europie futbolem, nie głosowałem (z czego się cieszę), nie oglądałem tych wszystkich gratulacji dla Laty.
 
Sen o złotych wisienkach
Wyrywanie medalowych kawałków z olimpijskiego tortu będzie dla Polaków bardzo mozolne

Gdybym miał wymienić polskiego sportowca lub sportsmenkę z co najmniej 70-procentowymi szansami na złoty medal w Pekinie, to obawiam się, że z czystym sumieniem podałbym tylko jedno nazwisko - Szymon Kołecki (zakładając, że nie przeszkodzą mu od dawna go trapiące problemy ze zdrowiem).
 
Strona główna arrow Felietony arrow Alicja w krainie wiecznych biegów - część II
Alicja w krainie wiecznych biegów - część II Drukuj Email
12.06.2007.

Zimna Sahara

Alicja bała się mężczyzn, ale poza ich potencjalnym gniewem lub chucią czyhały na nią
także innego rodzaju pułapki. Zwłaszcza w nocy, choć wydawałoby się, że wtedy, kiedy temperatura spada do 20 stopni Celsjusza, po Saharze powinno się biec znacznie łatwiej. Jednak
Właśnie wtedy pustynia płatała wyczerpanej biegaczce największe figle.
- W nocy miałam halucynacje. Widziałam drzewa, płoty, ludzi jedzących kolację. Żeby tego uniknąć, prowadziłam wyimaginowane rozmowy telefoniczne - na głos. Pomagało także śpiewanie - od piosenek wojskowych do kolęd - ale trudno było przypomnieć sobie więcej niż
dwie linijki tekstu.
Halucynacje były uciążliwe, ale najgorszy dla Alicji okazał się inny nocny koszmar. Okazało się bowiem, że na dwunastym punkcie kontrolnym nikogo nie ma. Polka zdecydowała się biec dalej, ale kilka godzin bez wody w tym klimacie okazało się być prawdziwą katorgą. Dlatego po minięciu 13. punktu kontrolnego zdecydowała jednak, by wrócić i zaczekać na pomoc.
- Byłam tak spragniona, że język przykleił mi się do podniebienia, nie mogłam nim ruszyć. To straszne uczucie. Zagubiona stanęłam na wysokiej wydmie i widziałam wokół ocean piasku. Poczułam, że Sahara jest nieludzka i zimna jak zawodowy morderca - nie dawała mi najmniejszej szansy. To oczywiście nie jej wina - na Saharze po prostu nie ma wody na powierzchni. A dokopać się 70 metrów pod ziemię nie miałam najmniejszej szansy.
Wprawdzie Alicja miała do dyspozycji GPS (global positioning system, czyli urządzenie wskazujące, gdzie jego posiadacz aktualnie się znajduje), ale nawet tak doskonały wynalazek nie jest w stanie wyjaśnić ze 100-procentową pewnością, czy biegacz przemieszcza się po nieoznaczonej trasie we właściwym kierunku. Na szczęście na wysokości zadania stanęli
organizatorzy zawodów, którzy znaleźli ją idąc po śladach.
Inaczej Alicja być może by tego biegu nie przeżyła, a na pewno by go nie wygrała. Tym bardziej, że faceci starali się ją pokonać za wszelką cenę. Najlepszy z nich, gdy dowiedział się, jak wiele godzin traci, postawił wszystko na jedną kartę i narzucił sobie mordercze tempo. Przewaga Polki topniała z każdym kilometrem, ale nie wpadła ona w panikę.
- Mój rywal zapomniał, że na tak długiej trasie, w tak trudnych warunkach, nie ma miejsca
na jakieś spektakularne zrywy. Trzeba biec równym, koniecznie swoim, tempem. Udało mu się zmniejszyć stratę do 3 godzin, ale później musiał zwolnić tempo i moja przewaga wzrosła.
Gdy Polka minęła metę, okazało się, że na pokonanie 555 km potrzebowała 150 godzin. O siedem godzin mniej niż najlepszy z mężczyzn. Ponieważ dwaj następni zawodnicy dobiegli 13 godzin po niej, trudno nie stwierdzić, że Alicja wygrała z facetami przez ciężki nokaut.

Księżycowe wycie wilków

Dla wielu fizjologów zaskakujący może być fakt, że już następnego dnia po powrocie z Afryki,
nie chcąc niepotrzebnie przedłużać urlopu, Barahona poszła do pracy. Jednak ona nie uznaje tego za coś szczególnego.  
- Bieganie jest dla mnie przyjemnością. Owszem, po takim wyczerpującym wyścigu, jak
ten na Saharze, robię sobie 2 tygodnie przerwy w treningach, ale, gdybym chciała, już po tygodniu mogłabym przebiec maraton. Wolę jednak odpocząć. Przez 3 pierwsze noce po ukończeniu biegu śniło mi się, że wszystko zamienia się w piasek, przez kilka następnych, że biegnę przez pustynię. Mimo wszystko, były to dla mnie wakacje. A że przez kilka dni musiałam
do siebie dochodzić? Nic za darmo.
Takie pozytywne podejście do ceny, jaką trzeba płacić za spełnianie marzeń i satysfakcję z
pokonania własnej słabości, szybko zaprocentowało. Gdy „pustynne” sny przeminęły, Alicja wkrótce zatęskniła za kolejnym wyzwaniem. Jednak mając chwilowo dość biegania w "piekarniku", postanowiła wystartować w „lodówce" (a raczej w „zamrażalniku"), czyli na Alasce. Nie zraził jej fakt, że w lutym, gdy odbywa się tam wyścig na 555 km, temperatura wynosi zwykle 40 stopni Celsjusza poniżej zera. Dodatkowym utrudnieniem był konieczność zapewnienia sobie prowiantu i ubrania. Dlatego każdy z uczestników musiał ciągnąć sanie. Na szczęście Alicji nie przerażała perspektywa "robienia za psa pociągowego". Był to bowiem jej drugi start na Alasce. Nie przestraszyła jej nawet perspektywa natknięcia się na stada wilków. A to przecież wcale nie fantazje rodem z baśni Andersena, lecz rzeczywistość Alaski – Alicja słyszała wycie wilków do księżyca. Nie obyło się bez strachu, ale zafascynowanie naturalnym kontaktem z drapieżnikami było większe.



 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Ranking stron