Lady Killers, czyli wojny w ringu, poza nim i na bankiecie
Jak już wiemy, na niedawnych mistrzostwach Europy w kick-boksingu  w portugalskim Porto nasza żeńsko-męska ekipa w K1 Rules, low kicku i formule light-contact wywalczyła 13 medali - 6 złotych, 3 srebrne i 4 brązowe. Wystartowało aż 447 zawodników z 30 krajów. Zajęliśmy drugie miejsce w klasyfikacji medalowej. Zachwyciły zwłaszcza nasze panie, bo przecież „najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”.
 
Status quo
Nie byłem wczoraj w Warszawie. Nie zasiadłem na krzesełku w hotelu Sheraton razem z innymi działaczami rządzącymi naszym brudnym i śmierdzącym na kilometr w Europie futbolem, nie głosowałem (z czego się cieszę), nie oglądałem tych wszystkich gratulacji dla Laty.
 
Sen o złotych wisienkach
Wyrywanie medalowych kawałków z olimpijskiego tortu będzie dla Polaków bardzo mozolne

Gdybym miał wymienić polskiego sportowca lub sportsmenkę z co najmniej 70-procentowymi szansami na złoty medal w Pekinie, to obawiam się, że z czystym sumieniem podałbym tylko jedno nazwisko - Szymon Kołecki (zakładając, że nie przeszkodzą mu od dawna go trapiące problemy ze zdrowiem).
 
Selekcja Drukuj Email
30.07.2008.
Jeden z wodzów komunistycznego sowieckiego raju ponoć miał powiedzieć, że o wszystkim decydują kadry. Jest to prawda o charakterze na tyle uniwersalnym, że znajdują w niej odbicie, na przykład, sportowe reprezentacje narodowe. Także siatkarskie. O tym, że objawione przez sowieckich komunistów spostrzeżenie ma jakieś walory prawdy obiektywnej, mogliśmy się przekonać choćby w finale Ligi Światowej, w której polskie kadry nie spisały się, mówiąc delikatnie, najlepiej. W wypowiedziach poturniejowych zawodnicy dawali jednoznacznie do zrozumienia, że w zespole są jakieś pretensje. Podczas posiłków jest dobrze, nikt w nikogo nie rzuca ziemniakami - wprost przeciwnie, nawet sobie ich wzajemnie dokładają. Podczas treningów jest też dobrze, wszyscy grzecznie wykonują polecenia, jest taki bą tą, że nikt nie atakuje w kolegę, a piłki do wózka zbierają wszyscy, nawet trener. Jednak podczas meczu sytuacja ulega zmianie. Nagle pojawiają się jakieś dąsy. Jak mówi znajoma nauczycielka przedszkolna: Jak się pracuje z dzieciakami, to są i dąsy w piaskownicy.
W przeciwieństwie do trzech ostatnich międzynarodowych imprez, w których brała udział nasza reprezentacja w piłce kopanej, ogłaszanie ostatecznego składu zespołów siatkarskich nie wywołało większych komentarzy. Może trochę emocji towarzyszyło nominacji K. Gajgał kosztem E. Dziękiewicz, ale skład mężczyzn uznano za w miarę optymalny. Ale, jak pokazuje turniej w Rio, prawda jest chyba nieco inna.

Jedną ze spraw, która powinna budzić troskę trenera budującego zespół, są tak zwani ludzie niezastąpieni. Jeśli wystawiacz od lat słyszy, że jest numer jeden i niezastąpiony, to tak zaczyna o sobie myśleć. A niestety nie wygląda na to, by był to sportowiec formatu W. Gawłowskiego, o którym Wagner wszem i wobec mówił, że bez niego nic nie ugra. Na co tenże Gawłowski odpowiadał jeszcze lepszą pracą i większym zaangażowaniem. Takie myślenie i sposób postępowania to dziś zupełnie inna bajka. Dziś nazywa się to frajerstwem. A trudno posądzać R. Lozano, który ogłasza siebie fachowcem niesamowitym, o bycie frajerem. Dlatego mało zrozumiałe jest, że pozwolił sobie na zostanie zakładnikiem dwóch „niezastąpionych” graczy, w dodatku nie za bardzo za sobą przepadających.

Nie chcę wdawać się w jakieś sążniste analizy personalne, bo na pewno już pp. Drzyzga czy Zarzycki zdążyli to zrobić zdecydowanie bardziej fachowo. Jednak chciałbym, z osobistego, obserwacyjno-kibicowskiego punktu widzenia, wspomnieć dwóch graczy imiennie. Wybór jednego z nich uważam za idealnie trafiony, drugiego zaś za strzał kompletnie chybiony.
Miałem możliwość obserwowania M. Wiki zarówno w zmaganiach plażowych, jak i halowych. W tym chłopaku, a później graczu ligowym, widać było to, czego potrzebowałbym w zawodnikach swojego zespołu. W Jastrzębiu dostrzegano to i wpuszczano na boisko bezpośrednio na wykonanie zagrywki. To, jak były one wykonywane, pokazywało, że gracz potrafi skutecznie działać w rozmaitych sytuacjach meczowych. Ale było tam także jeszcze „coś”. Był ten specyficzny błysk w oku, który staje się iskrą odpalającą beczkę siatkarskiego szaleństwa, której eksplozja potrafi unieść kibiców z siedzeń i złożyć im ręce do oklasków. Gdy nie uderzy sodówa, zmiana pokoleniowa w kadrze na tej pozycji jest już dokonana. Mam nadzieję, że M. Wika będzie potrafił grać nie tylko przeciw Portugalii, Japonii czy Egiptowi, ale też przeciw Rosjanom, Brazylii i Włochom, czego, niestety, nie potrafi większość jego starszych kolegów.

Po stronie minusów widzę osobę K. Gierczyńskiego. Postawę tego zawodnika określam miglanctwem i jakoś tak w sporcie bywa, że nigdy nie przynosi ona spodziewanych profitów. W szkoleniu sportowym prowadzimy równolegle dwa działania: wychowujemy i uczymy ruchu. Im sportowiec młodszy, bardziej go wychowujemy, mniej uczymy techniki. Im starszy, tym proporcje się zmieniają. Ale wychowywać powinniśmy zawsze. Jaki przykład dla młodych sportowców może stanowić zawodnik, który przez wiele lat konsekwentnie odmawiał przyjęcia powołania do kadry, a przyjął je wtedy, gdy wydawało się, że droga do Pekinu będzie łatwa, prosta i przyjemna? Jak mogą z sobą w drużynie dobrze funkcjonować zawodnicy, z których jeden był zawsze gotowy do poświęcenia czasu i swego zdrowia reprezentacji narodowej, a drugi tylko wtedy, gdy mu się zachciało? Ja nie wiem, ale fachowiec Lozano pewnie wie, skoro zdecydował się na taki a nie inny wybór.

Jan Solarek
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Ranking stron