Alicja w krainie wiecznych biegów - część I
12.06.2007.

Kiedy przeciętny użytkownik samochodów i wind, niewyobrażający sobie skutecznego funkcjonowania bez co najmniej 7 godzin snu na dobę, koniecznie w wygodnym łóżku, przeczyta poniższy artykuł, pomyśli, że to opowiadanie z gatunku science fiction. Ale zaręczam, że człowiek, który jest w stanie w ciągu sześciu dni przebiec 555 km po Saharze, śpiąc nie więcej niż 1,5 godziny na dobę, by siódmego dnia, po wygraniu morderczych zawodów, zdrzemnąć się zaledwie 2 godziny, istnieje. I to bynajmniej nie w rzeczywistości wirtualnej, lecz – z przerwami na podróże – w stanie Nowy Jork.
Bohaterka naszej opowieści nazywa się Alicja Chrzęst-Barahona i pochodzi, co nie jest bez
znaczenia, z Suchej Beskidzkiej na Podhalu. Bo kto inny, jak nie polski góral lub góralka, jest w stanie skuteczniej udowodnić, że przetrwanie wszystkich wyżej wymienionych niedogodności jest możliwe? A także warte zachodu. Bowiem, gdy miałem przyjemność przeprowadzać z Alicją wywiad w kawiarni na Manhattanie, od razu zauważyłem, że promienieje ona pogodą ducha i wyjątkową energią. W dodatku, choć od zakończenia ekstremalnego wysiłku minął zaledwie tydzień, miałem wrażenie, że wyglądała o dziesięć lat młodziej niż wynika to z jej metryki.

Maraton to pestka

Choć uprzedzałem, że nie poruszamy się w obrębie science fiction, zdaję sobie sprawę, że historia tej mieszkającej od ponad 10 lat w Stanach Zjednoczonych (obecnie w White Plains w powiecie Westchester, stan Nowy Jork) wybitnej biegaczki ekstremalnej może wielu czytelnikom wydać się fantazją wymyśloną przez pisarza specjalizującego się w opisywaniu przygód supermenów. Bieganie długodystansowe zaczęła bowiem trenować  mając...44 lata, a obecnie, choć żyje na tym najpiękniejszym ze światów nieco ponad pół wieku, należy do grona najwybitniejszych specjalistów. Forma rodzaju męskiego nie jest przypadkowa. Zdarzyło się bowiem, że zostawiła w pobitym polu nie tylko kobiety, ale i wszystkich mężczyzn!
Zapewne wielu znających się na sporcie czytelników żachnie się, że osoba mająca pierwszy kontakt z treningiem dopiero po czterdziestce nie jest w stanie osiągnąć klasy światowej, ale ukryte talenty czystej wody czasem się jednak trafiają. Ponadto spieszę dodać, iż  Alicja, zanim zaczęła biegać wyczynowo, nie unikała wysiłku. Inna sprawa, że choć gra w tenisa wymaga dobrej kondycji, to jednak nie takiej, jak brnięcie przez kilkaset kilometrów piasku lub śniegu. Zresztą pewnie dlatego odbijanie tenisowej piłeczki jej się znudziło – było pozbawione zmagania z własną słabością niczym wieczorny spacer z psem.   
Ultramaratońskie predyspozycje Barahony nie wyszły na jaw od razu. Bowiem podczas pierwszego biegu miała kłopoty z pokonaniem...jednego okrążenia stadionu. Można przypuszczać, że po prostu narzuciła sobie zbyt szybkie tempo. Na szczęście jej to nie zraziło. W następnych dniach z determinacją dokładała kolejne okrążenia, aż odkryła, że jej żywiołem jest bieganie długodystansowe. Alicja bowiem ma fenomenalny organizm.

- Nigdy nie czuję się zmęczona. Gdy biegam więcej, mam więcej energii. I gęstość moich
kości jest fantastyczna – tłumaczy polska biegaczka, której tętno spoczynkowe wynosi 50 uderzeń na minutę.
Ale nic za darmo. Alicja solidnie na taką wydolność zapracowuje. W soboty i niedziele wychodzi bowiem z domu o 5 rano i jedzie na plażę na Long Island. O szóstej rozpoczyna bieganie po piasku – pokonuje co najmniej 72 km. W tygodniu aż tyle czasu na treningi nie ma, ale i tak biega minimum 16 km dziennie, zwykle w Parku  Rockefellera znajdującym się w pobliżu jej domu. Toteż trudno się dziwić, że przebiegnięcie maratonu to dla niej pestka – w końcu podczas weekendów przemierza dystans znacznie dłuższy niż 42 km 195 metrów, pokonanie których jest dla wielu biegaczy szczytem możliwości.  

Maszeruj albo giń

Biorąc pod uwagę, jak wiele Alicja trenuje, trudno się dziwić, że twardości mogliby jej pozazdrościć żołnierze Legii Cudzoziemskiej. Ich motto – “Maszeruj albo giń” – pasuje do niej jak ulał. Jest w stanie przetrwać pęcherze, biegunkę, długotrwały ból pleców i brak snu. Niestraszna jej samotność – wprost przeciwnie, lubi biegać samodzielnie. Dobrym przykładem obrazującym jej hart ducha są perypetie, jakich doświadczyła podczas biegu na 333 km rozegranego pod koniec 2003 roku w Indiach.   
- Od początku zawodów mój żołądek zaczął strajkować i nie chciał niczego przyjmować. Pierwsze 100 km biegłam pierwsza lub druga, zmieniając się z zawodnikiem z Francji. Później biegłam sama na drugiej pozycji aż do około dwusetnego kilometra, gdzie musiałam zatrzymać się na 5 godzin - trzeba było skłonić żołądek do jedzenia i rozprostować plecy, w które zaczął się wdawać niemiłosierny ból. W tym czasie wyprzedziło mnie kilku zawodników, ale dla mnie najważniejsze było, aby przetrwać te chwile słabości. Żołądek podkurowałam, ale pleców, niestety, nie. Powoli zaczęłam pochylać się do przodu. Szybkość mojego biegu się zmniejszała, a ból w plecach nasilał się z każdym krokiem. Dlatego znalazłam długi kij, który pomagał mi utrzymać pion – bez niego moje ciało łamało się w pół.
Nie były to jedyne kłopoty Alicji podczas tego biegu. Ani największe, gdyż okazało się, że prawdziwą plagą mogą okazać się...dzieci domagające się prezentów, szczególnie długopisów. Wprawdzie Barahona rozdawała je bardzo chętnie, ale przecież nie mogła zabrać ze sobą dwóch plecaków. Dlatego długopisów wkrótce zabrakło. Ale jak to wytłumaczyć namolnym i agresywnym dzieciakom, które wkrótce zaczęły obrzucać ją kamieniami? Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna i biegaczka zaczęła wątpić, czy wyjdzie z tego cało. Jednak niebiosa nad nią czuwały. W pobliżu przejeżdżała wojskowa ciężarówka i bliska ukamienowania Alicja, która poprosiła żołnierzy o pomoc, została uratowana.
Te wszystkie przeciwności Barahony nie załamały, spowodowały jednak, że nie udało jej się utrzymać drugiego miejsca. Wprawdzie osiągnęła dobry czas – 67 godzin – ale, mimo, że wśród kobiet była najszybsza, w klasyfikacji ogólnej musiała się zadowolić ósmą pozycją.

Garbate niebezpieczeństwo

Niezrażona kłopotami w Indiach, w następnym, 2004 roku Alicja narzuciła sobie mordercze wprost tempo. 1 maja wystartowała w Toronto w biegu na 100 km. Osiągnęła czas 9 godzin 23 minuty i zdobyła mistrzostwo Kanady kobiet w kategorii wiekowej powyżej 50 lat, zajmując w całej stawce drugie miejsce. 28 maja przebiegła w 34 godziny trasę pomiędzy Birmingham a Londynem - 232 km. Czas byłby dużo lepszy, gdyby nie odciski, które sprawiły, że na pokonanie ostatnich 16 km potrzebowała aż 5 godzin. 12 czerwca wystartowała w biegu 12-godzinnym w Nowym Jorku. Przebiegła w tym czasie ok. 129 km. W sierpniu w Wakefield rywalizowała w biegu 24-godzinnym i, podobnie jak we wcześniej wymienionych zawodach, okazała się najlepszą kobietą. Jednak wszystkie wyżej wymienione wyczyny bledną w porównaniu z tym, czego dokonała na początku listopada, zwyciężając w Nigrze.
Żeby wyjaśnić skalę wyzwania, konieczne jest dłuższe wprowadzenie. Wielkie wrażenie musi robić już sama ilość kilometrów, które musiała tam przebiec - 555. Ale to nie wszystko. Drugim działającym odstraszająco na potencjalnych śmiałków czynnikiem jest zabójczy saharyjski klimat. W ciągu dnia na trasie biegu panuje bowiem temperatura ponad 50 stopni Celsjusza! Dlatego organizatorzy musieli zachować szczególne środki ostrożności i co 22 kilometry rozmieścili punkty kontrolne. Wiedzieli, co robią, bo na każdym z nich Barahona  pobierała od 4 do 6 litrów wody. Łatwo obliczyć, że w ciągu biegu wypiła jej znacznie ponad 100 litrów. Ale nie samą wodą człowiek żyje. Nieodzowne było dosypywanie do wody napoju izotonicznego w proszku - zawarte w nim składniki mineralne zapewniają bowiem utrzymanie równowagi elektrolitycznej organizmu oraz właściwą czynność mięśni. Niezbędne było także właściwe rozkładanie sił i zapobieganie urazom. Toteż na każdym z punktów kontrolnych Alicja robiła sobie krótką przerwę, gdyż, chcąc uniknąć poważnego obtarcia stóp uniemożliwiającego dalszy bieg, musiała regularnie je opatrywać i zmieniać skarpety.

Musiała również pamiętać o odpowiednim nakryciu głowy - bieg w palącym słońcu może się bowiem skończyć udarem. Alicja uznała, że najlepsza jest biała czapka w stylu kolonialnym, używana także przez żołnierzy Legii Cudzoziemskiej. Niezbędne jest także zabezpieczenie stóp przed piaskiem. Barahona założyła „najki” ze specjalnymi cholewkami. Ale i tak piaskowi udawało się przedostać na skórę.
Inna niedogodność to "koleiny" (a raczej "kopyciny") pozostawione przez wędrujące po pustyni wielbłądy. Ale to nic w porównaniu z niebezpieczeństwem wynikającym z...ich obecności. Bowiem karawany przewożące przez pustynię sól, składające się czasami nawet z tysiąca "garbusów", są nadzorowane przez przewodników, którzy mogą być niebezpieczni dla kobiet. Dlatego, gdy Alicja natrafiła na jedną z karawan, liczącą około 300 wielbłądów idących jeden za drugim w poprzek jej trasy, zdecydowała się zrobić sobie dłuższą przerwę w biegu.
- Trwało to bardzo długo, jednak wolałam nie przebiegać pomiędzy zwierzętami. Ale bardziej bałam się mężczyzn. Nie widują oni kobiet tygodniami i nie wiadomo, jak by zareagowali. Poza tym, jako muzułmanie, na pewno nie byliby zachwyceni, że biegam w strojach, których, według nich, szanująca się kobieta nie powinna założyć. Że o odsłoniętej twarzy nie wspomnę.

Ciąg dalszy nastąpi

ROBERT  KRZAK

r_krzak[at]wp.pl