Słodka woń "karniaka"
05.06.2008.
Niestrzelenie przez Żurawskiego “jedenastki” Niemcom mogłoby zrujnować narodową psychikę Polaków.
 
Nasi reprezentanci na Euro 2008, o ile nie spędzają im snu z powiek marzenia o sławie i zarobkach Cristiano Ronaldo, o popularność i kasę specjalnie martwić się nie muszą. Chyba, że chodzi o owej popularności nadmiar, co np. takiemu “skromniakowi” jak Maciej Żurawski dokuczać może. Piłka nożna jest bowiem dla wielu ludzi, zwłaszcza przy okazji najważniejszych imprez, niemal religią. A przecież - choćby i polscy piłkarze zdobyli mistrzostwo Europy, po maksymalnie kilku tygodniach stanów euforycznych trzeba będzie powrócić do szarej rzeczywistości. I wtedy niesamowite rajdy Błaszczykowskiego czy wspaniałe parady Boruca zbledną, a na plan pierwszy powrócą, niczym rak toczący domowe budżety, rosnące ceny gazu i żywności.
 
LUD W OPARACH OPIUM

Jednak nic to – nadeszła bowiem pora na odurzanie się opium dla ludu. Inne sprawy schodzą na dalszy plan, bo czerwiec (i oby lipiec) futbolem stać będzie. Ale czy i tak przez niemal cały okrągły rok świat nie kręci się wokół piłki? Raczej tak, bo założę się o dobre wino, że bardzo niewielu czytelnikom tego artykułu cokolwiek mówi nazwisko Robert Piotrkowicz. Natomiast jestem pewien, iż zaledwie jeden na stu nastolatków i dorosłych polskich mężczyzn nie słyszał o Beenhakkerze, Borucu, Ebim i Żurawskim. Ba, ośmielę się stwierdzić, że o zdobyciu jesienią przez Piotrkowicza mistrzostwa świata amatorów w kulturystyce (porównywalnego, jeśli chodzi o poziom rywalizacji w tej dyscyplinie, do wywalczenia mistrzostwa świata amatorów w boksie) słyszało 100 razy mniej ludzi, niż o strzeleniu przez Grzegorza Rasiaka gola w drugiej lidze angielskiej. Dlatego, analizując m. in. wpływ fatalnie wykonanego przez Żurawskiego rzutu karnego w meczu z Danią na narodową psychikę – warto przy okazji zastanowić się, czy możliwe jest, by przeciętny grajek przestał bić na głowę zarobkami i rozpoznawalnością medalistę olimpijskiego w skoku przez konia czy wybitnego kulturystę? Wiem, że pytanie to sprawia wrażenie retorycznego, ale podumajmy.   
Przed czempionatem Starego Kontynentu media nagłaśniają każdy bardziej spektakularny gest Beenhakkera, jak np. “strzelanie” napojem izotonicznym do dziennikarzy nagrywających z helikoptera zamknięty trening. Nietrudno dowiedzieć się także, przy pomocy jakiej muzyki relaksują się zawodnicy, i który z nich spadł z roweru.   
 
Tymczasem polski kulturysta mógłby “stanąć na uszach” (pomijając takie kurioza, jak zamach na sławną osobę itp.), ale nawet gdyby wygrał najbardziej prestiżowy turniej w zawodowym body buildingu, Mister Olympia, to i tak trudno będzie mu uzyskać większą popularność niż rezerwowemu piłkarzowi reprezentacji Polski. Wyjątek stanowi strongman Mariusz Pudzianowski, czterokrotny mistrz świata w dyscyplinie, którą od biedy można porównać do kulturystyki. Oczywiście, gdyby Piotrkowicz również wystąpił w “Tańcu z gwiazdami”, i spisał tak świetnie jak “Pudzian”, stałby się mocno rozpoznawalny. Jednak producenci wolą – jak dotąd - zapraszać do udziału w tego typu programach gwiazdy seriali (najlepiej ze “swojej” stacji telewizyjnej, bo “biznes is biznes”) lub byłego reprezentanta kraju w kopanej.

SMRÓD DWORCOWEJ KNAJPY

Chcąc przeskoczyć piłkarskiego średniaka, wybitny sportowiec reprezentujący niszową dyscyplinę być może powinien zastosować sposób na “sławną partnerkę (partnera)”. Radosław Majdan, bohater meczu z USA na mundialu 2002, od kilku lat rzadko wyrasta ponad ligową przeciętność, ale wciąż jest na ustach nie tylko fanów piłki nożnej, ale i gospodyń domowych. Wszystko to za sprawą perypetii małżeńskich z Dodą, szeroko opisywanych na łamach brukowców i komentowanych w telewizji. Nawet jeśli rozstania z ekscentryczną gwiazdą polskiej estrady, ani do niej powroty, nie przysparzają Majdanowi jakichś wielkich dochodów, trudno wykluczyć, że innemu – mniej “zarobionemu” i anonimowemu sportowcowi romansującemu (lub żeniącemu się) np. ze sławną aktorką – przysporzyłyby. Sprytny menedżer mógłby zdziałać cuda.       
 
Weźmy pierwszy z brzegu przykład z ostatnich dni. Dziennikarze i kibice podniecali się faktem, że Żurawski spartolił w meczu z Danią rzut karny niczym trampkarz – po prostu podał do duńskiego bramkarza. Dyżurnym tematem stało się pytanie, czy “Żuraw” będzie pierwszy w kolejce do wykonywania potencjalnej “jedenastki” podczas meczu z Niemcami. Można się z banalności tego problemu śmiać, ale dla prawdziwego fana to niemal sprawa życia i śmierci.
 
Powaga sytuacji bierze się stąd, że wielkim grzechem byłoby niewykorzystanie słabości dziurawej jak ser szwajcarski obrony Niemców (o której komentator bokserski Andrzej Kostyra powiedziałby, że “śmierdzi jak dworcowa knajpa”). Kiepskiej do tego stopnia, że ich rodzimy portal Sport1 nazwał Pera Mertesackera i Christopha Metzeldera “dwiema ogromnymi gafami” oraz “Chrapiącym” i Pełzającym”. Dlatego jeśli sprytny Ebi wedrze się na pole karne, słodka woń “karniaka” odurzy miliony polskich serc. Zagra nam w duszy stara przyśpiewka “Polska gola, Polska gola – taka jest kibiców wola!”. Jeśli wtedy ów upragniony (i najlepiej zwycięski) gol nie padnie, miliony Polaków ogarnie trauma. Ja jednak wierzę, że  “Żuraw” strzeli jak trzeba lub, gdyby czuł się niepewnie, pozwoli uczynić to np. Krzynówkowi czy Smolarkowi. I tak nam dopomóż Bóg i wszyscy święci!

ROBERT KRZAK